14–24 lipca. Dwanaście dni, dwie walizki, pięć par skarpetek (z czego trzy się zgubią), jeden kolonijny duch przygody i… całe stado dzieci gotowych podbić Krynicę-Zdrój! Zaczęło się niewinnie:
14 lipca – zbiórka, pożegnania, machanie do rodziców (niektóre dzieci płakały, inne machały z radością, jeszcze inne – no cóż – już szukały chipsów w plecakach). Po drodze zatrzymaliśmy się w Krakowie, żeby rozruszać nasze mózgi w Ogrodzie Doświadczeń im. Stanisława Lema. Kręciło się, dźwięczało, skakało – a to dopiero pierwszy dzień!





15 lipca – spacer po Krynicy, czyli operacja „Znajdź loda idealnego”. Szukaliśmy i testowaliśmy – dla dobra nauki oczywiście! Przy okazji poznaliśmy uroki uzdrowiska, czyli dowiedzieliśmy się, że „woda lecznicza” to nie zawsze coś, co chcemy pić z własnej woli… Tego dnia poznaliśmy też prawdziwą legendę Krynicy – Jana Kiepurę! Dowiedzieliśmy się, że ten słynny tenor nie tylko śpiewał tak, że szyby drżały, ale jeszcze śpiewał z balkonu swojego hotelu (bo czemu nie?). Niektórzy z nas próbowali go naśladować – efekt? Większość okolicznych gołębi odleciała w panice, ale liczy się duch artystyczny! Teraz już wiemy, kim był „chłopak z Sosnowca” i dlaczego Krynica go pokochała.




16 lipca – odwiedziliśmy Muzeum Zabawek. W oczach wychowawców pojawiły się łzy wzruszenia na widok Misia Uszatka, a dzieci zrozumiały, że kiedyś zabawki nie miały baterii ani Wi-Fi. Szok i niedowierzanie.







17 lipca – Nowy Sącz i kino. Film „Jak wytresować smoka” zainspirował nas do prób wytresowania własnych maskotek – efekt? Miś dalej nie chodzi, ale teraz ma smycz i imię „Szczerbatek 2.0”.

18 lipca – wspinaczka na wieżę widokową w Słotwinach. Kiedy myśleliśmy, że jesteśmy zmęczeni, nagle zza zakrętu wyszła cała grupa kuracjuszy z kijkami i wyprzedziła nas jak torpeda. Pokora zdobyta, widok z góry – wart każdego potu. Po południu poznaliśmy bliżej krynickiego artystę o nietypowym pseudonimie- NIKIFOR KRYNICKI








19 lipca – Góra Parkowa. Najpierw porządna wspinaczka pod górę – z językiem na brodzie, ale za to z radością w sercach i bułką w kieszeni. Na szczycie – zasłużony odpoczynek i Polana Muzyki i Światła! Tam czekały na nas dźwięki, kolory i atmosfera jak z filmu – tylko popcornu brakowało. W dół – kolejką linową, ku wielkiej uciesze nóg, które zgodnie oświadczyły, że „już mają dość”.






20 lipca – Jaworzyna Krynicka, czyli dzień, w którym nawet najbardziej leniwy kolonista uznał: „To jednak warto było”. Gondolka w górę, górski klimat, a na szczycie – odpoczynek z batonikiem i panoramą, która zapiera dech (i to nie tylko z powodu stromego podejścia) oraz szaleństwo w Krainie Rysia.






21 lipca – baseny w Muszynie! Plusk, chlup, pisk i powtarzanie co 5 minut „proszę nie biegać po śliskiej nawierzchni”. Dzień uznajemy za udany – nikt nie zamienił się w syrenę, ale niektórzy byli blisko. Tego dnia też koloniści musieli zmierzy ć się z questem „Sławni, co w Krynicy mieszkają” – czyli pieszą wyprawę pełną zagadek, szukania śladów, liczenia schodów i odgadywania tajemnic z przeszłości. Wysiłek był ogromny – niektórzy poczuli się jak bohaterowie programu survivalowego, inni jak Sherlock Holmes po czwartej herbacie – ale udało się! Większości grup udało się rozwiązać wszystkie łamigłówki i dotrzeć do końca trasy z poczuciem zwycięstwa (i lekkiego zakwasu w nogach). A sława sławnych? Teraz i nasi koloniści coś o niej wiedzą!



22 lipca – wyprawa do Kamiannej i cerkiew. Piękna, drewniana architektura, trochę zadumy, trochę „a czy to prawdziwe złoto?”, a na koniec oczywiście pamiątki – w tym miód, który teoretycznie miał być dla babci, ale jakoś zniknął już w autokarze… Po południu odwiedziliśmy też Miasteczko Galicyjskie w Nowym Sączu, wizyta zakończyła się skosztowaniem przepysznych lodów.




23 lipca – powrót na baseny w Muszynie, bo wiadomo – wakacje bez wody i wrzasków nie są wakacjami. Dzieci już rozpoznawały ratowników, a ratownicy zaczęli mieć sny z naszymi twarzami. A wieczorem – coś specjalnego: pożegnalne ognisko! Były śpiewy, tańce, grupowe hity, zabawy i wyzwania, których nie powstydziłby się niejeden teleturniej. Atmosfera była magiczna – trochę śmiechu, trochę wzruszeń i delikatne przypieczenie kiełbasy na kijku. Takie momenty zostają w pamięci na długo (zwłaszcza jeśli ktoś usiadł za blisko ognia i przypalił sobie skarpetkę).


24 lipca – dzień pożegnania. Walizki wypchane po brzegi: pamiątkami, praniem (czyt. brudnymi skarpetkami) i wspomnieniami. W autokarze zapadła cisza… po 3 minutach oczywiście wróciła do normy, czyli: śpiewy, opowieści, „daj gryza” i „daleko jeszcze?”
A co się działo wieczorami?
Oj działo się! Gdy tylko słońce zaczynało się chować za górami, my wyruszaliśmy na boisko – tam rządziły gry zespołowe, kalambury, zabawy ruchowe, bieganina i okrzyki, które niosły się echem po całym uzdrowisku. Kiedy padał deszcz (bo przecież wakacje bez chmur to nie wakacje), przenosiliśmy się na świetlicę, gdzie rozgrywały się zaciekłe bitwy… w planszówki i Mafię. Nikt nie mógł ufać nikomu – nawet własnej poduszce! Karaoke…



Były też wieczory z horrorami – oczywiście bez przesady, żeby nikt nie spał pod łóżkiem. I były też epickie budowy średniowiecznych twierdz z patyków i mchu – forteca z mchem na murach to prawdziwe dzieło sztuki! Legendy mówią, że jedna z budowli przetrwała noc… dopóki nie przeszła tamtędy wiewiórka.


A więc Krynica – piękne wspomnienia ! Koloniści – brawo! Wychowawcy –super jak zawsze.
Do zobaczenia za rok!


